Tadeusz Brzeziński

* 1929  

  • "Ja tak widziałem tych dorosłych ludzi, borykali się z tym wszystkim na co dzień, walka o byt. Urządzenie się już tutaj po przyjeździe, szukanie znajomości, przyjaciół. Ale z drugiej strony trzeba podkreślić, że była taka solidarność ludzka. Na początku to był bardzo duży antagonizm między ludnością ze Wschodu, a miejscową ludnością, poznaniakami. Na nas mówiono „bulby”, „wschodnie bulby”, czyli ziemniaki, a my na nich „poznańskie pyry”. Takie antagonizmy były wśród dorosłych. Natomiast wśród młodzieży nie zaobserwowałem tego. Wiem, że gdy chodziłem do gimnazjum w Trzciance, tam byli koledzy i z Poznania, i z centralnej Polski, i ze Wschodu bardzo dużo nas było, ale to szybko żeśmy się dogadali. Natomiast wśród starszych takie antagonizmy były. No ale najlepszym przykładem, że to wszystko się unormowało, jest to, że ja ożeniłem się z „poznanianką”, lwowiak z poznanianką. I wiem, że kiedy szliśmy na zapowiedzi dawać, to ksiądz mówił: „Łooo, z dwóch krańców Polski! Gdzie ten lwowiak, a gdzie ta poznanianka!”. Ale takie były rzeczy. Oczywiście, to się stopniowo zacierało, te różnice. Dzisiaj już nikt nie mówi na kogoś, że jest poznaniakiem, tylko mówią, że są z Krzyża wszyscy, krzyżacy"

  • "Ten zachód był przedstawiany jako taka Mekka, jako coś nowego, ze tu wszystko na nas czeka. Bo to tak mówiono, oddano tamte tereny, ale rekompensatą są „Ziemie Odzyskane”, tak to wtedy nazywano. No i niby tu na nas raj czekał. Żaden raj na nas nie czekał! Były domy, były mieszkania – ale wszystko trzeba było sobie samemu przygotować. Nikt tu z otwartymi ramionami nie czekał. Był tak zwany Państwowy Urząd Repatriacyjny, który niby miał się zajmować repatriantami, ale to było wielu skorumpowanych ludzi, oni tylko patrzyli, gdzie co wyszabrować, gdzie co zabrać, gdzie co sprzedać. Ludźmi specjalnie się nie interesowali. Władza miejscowa jeszcze nie funkcjonowała dobrze – także te pierwsze początki były trudne. Bardzo trudne. Tym bardziej, że w Krzyżu było jeszcze niebezpiecznie, bo armia rosyjska, która wracała z zachodu, tu był jej główny przeładunek, węzłowa stacja, więc oni się tu często zatrzymywali, szli do miasta, pijani, no i strzały, strzelanina – trzeba było się czasem nawet chować. Komendantura rosyjska nic nie robiła – oni się sami bali tych żołnierzy. To wszystko pijane było, koniec wojny, to takie było żołdactwo spite, że aż strach! Banda szła naprzód i wracała przez miasto... Zawsze pierwsza grupa, która szła, była najgorsza. Także tutaj pierwsze dni nie były spokojne, w Krzyżu. Trzeba było uważać. "

  • "W 1945 roku, w wyniku zawartych układów, polskie ziemie wschodnie zostały włączone do ZSRR. Sprzedali nas w Poczdamie i wcześniej w Jałcie! Niestety, ziemie wschodnie polskie zostały włączone do ZSRR i dano nam do wyboru – podpisanie obywatelstwa sowieckiego albo wyjazd. Oczywiście, nie zastanawialiśmy się wcale – wybraliśmy to drugie. 1 maja w 1945 roku wyjechaliśmy w ramach repatriacji z Kołomyi, 1 maja. Podróż była oczywiście w wagonach towarowych, trwała 11 dni, i 9 maja w 1945 roku, w dniu zakończenia wojny, znaleźliśmy się w Kobylem Polu pod Poznaniem. I tu też taka ciekawostka – bo nasz transport stał na bocznym torze i w nocy z 8 na 9 maja rozpoczęła się jakaś straszna strzelanina. Oczywiście, wszyscy się pobudzili, wybiegliśmy z tego wagonu. Co się okazało? Okazało się, że obok stał transport żołnierzy sowieckich, którzy wracali z Niemiec, i na wiwat strzelali, bo - zakończenie wojny. Dla mnie było takie przykre zdarzenie, bo ja wiozłem na dachu wagonu, wiozłem ze Wschodu, z Kołomyi, trzy pary swoich gołębi pocztowych w klatce. Jak oni zaczęli strzelać, to te gołębie się tam w tej klatce tak rzucały, że ta klatka się otworzyła i gołębie wyleciały. To była tragedia oczywiście. Strasznie rozpaczałem! Ale, dziwnym trafem, te gołębie daleko nie poleciały i wieczorem z ojcem poszliśmy wzdłuż trasy transportu i zobaczyliśmy, że gołębie siedzą pod dachem jednego z wagonów. Były tak wystraszone, że udało je się złapać – całą szóstkę – i z powrotem do tej klatki przynieść. Byłem uradowany, gołębie ze mną przyjechały do Krzyża."

  • "Przeżyłem też taki nieprzyjemny moment, smutny. Bo któregoś dnia pojechaliśmy z ojcem końmi do Przeborowa. I w tym Przeborowie proszę pani wchodzimy do jednego mieszkania, ojciec tam chciał porozmawiać z kimś, i patrzymy: wszystko pootwierane, na kuchni garnek, ziemniaki się gotują, a wszystko pootwierane. Talerze na stole, jakby czekano, że w tej chwili siądziemy do stołu, będziemy jedli obiad. To był moment, kiedy tam wpadli i Niemców zabrali, wypędzili. Dziś się na przykład my się buntujemy, jak oni, ci wypędzeni, się gdzieś gromadzą, i mają jakieś żale, pretensje. Ale to też było takie wygnanie. Ja wiem, że to traktat międzynarodowy, że układ, że…Ale ich też wypędzono. Skojarzyłem sobie, ze tak nas wypędzili, a tu ich też wypędzili. Bardzo to było takie przeżycie dla mnie, dla młodzieńca, wzruszające, że tych ludzi też wypędzili. No niestety. Oczywiście oni ponoszą karę za rozpętanie drugiej wojny światowej. Ale czy akuratnie ten Niemiec, którego z tego domu [wypędzili], czy on ponosi odpowiedzialność polityczną? Mówi się, że zbiorowo wszyscy popierali Hitlera. Popierali Hitlera, ale czy wszyscy chcieli wojny? Wątpię. Tłum jest tylko tłumem. Jeżeli widzieliśmy te falangi Niemców, którzy „heil, heil!” krzyczeli, to nie wiem, czy wszyscy tą rękę tak chętnie podnosili. Być może na początku potrafił ich omamić. Tak zawsze się dzieje. Zresztą, to nie będziemy tłumaczyć, bo przecież Niemcy ponieśli klęskę w pierwszej wojnie, i kontrybucje, i wszystko musieli płacić, i byli też ujarzmieni. A nagle się znalazł wódz, który mówi: „ja chcę teraz podnieść nas, musimy się dźwignąć”. Propaganda swoje robi, a Goebbels umiał propagandę prowadzić. Ale tutaj akuratnie ci ludzie, ta nasza Siegfried Jaren, właścicielka, tam, gdzie myśmy mieszkali na Wojska Polskiego, później Alei Niepodległości, a wtedy Wilhelmstrasse, to co ona była winna? Też nic nie była winna. Męża jej zabili, i została z córką, potem wypędzili i koniec. Oni wiedzieli, że muszą odejść, ale nie wiem, czy było to robione wszystko ok., na pewno nie. Też można było dać ludziom czas, spokojnie, „spakujcie się”, jakiś transport. A to – jednego dnia, i poszli. Może nie wszędzie się tak działo, ale z tego, co wiem, to raczej tak było, że to była decyzja wojenna jeszcze."

  • "W tym Kobylem Polu zaczęła się dyskusja, bo właściwie, to myśmy jechali do Poznania. Ale panie miały już dosyć podróży, kobiety, mężczyźni jeszcze właściwie by chcieli coś szukać. No i nie wiem, czy nas kawałek podwieźli bliżej Poznania, w każdym razie zatrzymali nas gdzieś pod Poznaniem. I wyszliśmy do miasta, znaczy ojciec wyszedł, ja, jeszcze grupa innych, bo w transporcie było kilka wagonów. I akuratnie tak się złożyło, że wyszliśmy na Stary Rynek, który był całkowicie zniszczony, całe stare miasto. Jak te ruiny zobaczyliśmy, to od razu: „Koniec, tu nie zostajemy, jedziemy dalej”. No i jedziemy dalej na zachód. I przyjechaliśmy tu, do Krzyża. Nasze wagony zatrzymane były na ekspedycji kolejowej, mężczyźni znowu wyszli na rozpoznanie. Wrócili – bo to z nami jechał mój szwagier oczywiście, bo już siostra w Kołomyi wyszła za mąż. Mężczyźni mówili, że „do Bydgoszczy jedziemy!”. Kobiety jednak zrobiły strajk, że już nigdzie nie jedziemy, koniec, szlus, dosyć tej podróży. Wtedy ojciec poszedł tu do miasta w Krzyżu, ja wyskoczyłem na ulicę. Dzisiaj jest to ulica Staszica, jak wtedy się nazywała – nie wiem, wiem, że Niemka była w oknie, jak mnie zobaczyła, to krzyknęła do mnie: „Polnische Schweinerei!” Tak mnie przywitała tutaj – bo jeszcze część Niemców tu była. Nie dziwię się im, bo ich zaczęli wypędzać już – wiadomo, jak to było – no ale było to takie nieprzyjemne zdarzenie. „Pierwszy raz w Krzyżu”, myślę sobie, „ładnie mnie tu powitali”. Ojciec był bardzo sprytny, więc po jakichś dwóch-trzech godzinach przyprowadził dwa konie z wielką platformą na gumowych kołach. Oczywiście kupił to, bo wtedy co to się działo w Krzyżu! Z zachodu wracali Polacy, dojeżdżali do Krzyża na przykład furmankami, jakimiś tam wozami, to tutaj pozostawiali, sprzedawali, wsiadali do pociągu i jechali dalej w głąb Polski. A więc trwał handel wymienny. Wiem, że ojciec chyba zboże dał za te konie – myśmy trochę mieli zboża chyba w wagonie, z dwa worki... Wiem, że mieliśmy duży wór orzechów włoskich. Tym gdzieś tam handlowali... A poza tym – taka jest prawda – że trochę mieliśmy „lewych” pieniędzy w postaci dolarów. Za dolary to groziła kiedyś nawet kara śmierci, za przechowywanie dolarów czy złota. No więc ojciec zorganizował ten wóz z końmi i wtedy poszliśmy do miasta szukać mieszkania."

  • "No, mieliśmy trochę jedzenia, trochę ubrań, trochę naczyń... Ale już wyposażenia mieszkania nie było. To wszystko trzeba było kupić, zebrać, przynieść gdzieś z innego domu... Ja nie wiem nawet, skąd to wzięli, bo przecież żadnych sklepów nie było w tym czasie! Handel wymienny, pieniądz nie miał znaczenia. Wiem, że worek orzechów mieliśmy, to jechałem z kolegą do Poznania na Rynek Jeżycki i sprzedawałem te orzechy, bo był dobry kurs. No i tam mnie drapnęli ubowcy za handel. Zabrali mnie i kolegę na Kochanowskiego, do Urzędu Bezpieczeństwa i tam nam wmawiali, że myśmy handlowali dolarami. Oczywiście, trzymali nas chyba z trzy godziny. Naprzód jego, potem mnie, potem znowu mnie wzięli, i powiedzieli, że on już się przyznał, że ja też mam powiedzieć, gdzie te dolary są. Oczywiście nic nie powiedziałem, bo żadnych dolarów nie mieliśmy – sprzedawaliśmy orzechy. Takie były szykany. Ale wypuścili nas, z tym że powiedzieli, że broń Boże, żebyśmy jeszcze kiedyś do Poznania przyjechali, wtedy nas zamkną."

  • Full recordings
  • 1

    Krzyż, 17.08.2007

    (audio)
    duration: 03:56:21
Full recordings are available only for logged users.

„Na początku był bardzo duży antagonizm między ludnością ze Wschodu, a miejscową ludnością”.

Tadeusz Brzeziński
Tadeusz Brzeziński
photo: Pamět národa - Archiv

Ur. 27 października 1929 we Lwowie. W 1933 roku, po śmierci ojca, pracownika poczty polskiej, rodzina przeniosła się do Kołomyi, gdzie matka Tadeusza Brzezińskiego pracowała jako intendentka w bursie polskiej i wyszła powtórnie za mąż. W Kołomyi rodzina przeżyła wojnę. W maju 1945 Tadeusz Brzeziński z rodziną wyjechał na „ziemie odzyskane”, początkowo do Poznania, następnie do Krzyża. Ukończył gimnazjum w Trzciance, gdzie zdał maturę. Z powodu zaangażowania w życie religijne parafii nie został przyjęty na studia dziennikarskie. W 1950 roku rozpoczął pracę jako nauczyciel w szkole podstawowej w Herburtowie koło Krzyża, a od 1951 roku w szkole podstawowej w Krzyżu, gdzie uczył historii, geografii i wychowania fizycznego. Ukończył państwowy kurs nauczycielski, w latach 1955-1958 – zaoczne studia nauczycielskie w Poznaniu, w latach 1961-1966 - zaoczne studia magisterskie w Opolu; od 1967 był dyrektorem szkoły podstawowej w Krzyżu, od 1973 – gminnym dyrektorem szkół. Do przejścia na emeryturę w 1991 roku był dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 1 w Krzyżu. Aktywny działacz ZHP, założyciel harcerstwa w Krzyżu i jego wieloletni instruktor. Pracował również w samorządzie miejskim i wojewódzkim, m. in. po 1990 był przez dwie kadencje przewodniczącym Rady Miejskiej w Krzyżu. Mieszka w Krzyżu.